Anatomia dbania o siebie – słownik przetrwania

praca biurowa

Kiedy jesteśmy przebodźcowani, obietnica natychmiastowego wyciszenia brzmi jak ratunek. Zdarza nam się wtedy szukać ukojenia w pięknych, rzemieślniczych akcesoriach do jogi czy opłacać subskrypcje programów medytacyjnych. Często kończy się to tak, że kolejna aplikacja na ekranie telefonu staje się po prostu jeszcze jednym, niezrealizowanym zadaniem na naszej długiej liście TO-DO.

Jeśli jednak zdrapiemy z dbania o siebie ten cały instagramowy lukier, na dnie zostaje czysta fizjologia i prosta matematyka naszych biologicznych zasobów. Język polski potrafi bezlitośnie obnażyć prawdę o tym, co robimy z własnym układem nerwowym. Wystarczy wziąć na warsztat jeden plastyczny rdzeń – życie – i zobaczyć, jak uzupełnienie go o przedrostki – tworzy słownik przetrwania przebodźcowanego człowieka.

 

  • Zużycie – stan, w którym lądujesz po zignorowaniu migającej kontrolki „check engine” we własnym ciele. Zarywanie nocy dla kolejnego sezonu serialu, spłacanie długu sennego wiadrami kawy i jazda na oparach. Zanim nastąpi pełne wypalenie zawodowe, twój układ nerwowy po prostu zaczyna trzeć metalem o metal.

 

  • Nadużycie – ciemna strona samorozwoju. Katowanie się o 5:00 rano lodowatymi prysznicami, wlewanie w siebie 300 mg kofeiny w przedtreningówkach i zmuszanie się do uśmiechu, bo toksyczna pozytywność zakazuje smutku. To robienie sobie krzywdy pod pretekstem optymalizacji.

 

  • Spożycie – nie tylko to, co wrzucasz na talerz. Przyswajanie witamin i białka to jedno, ale liczy się też twoja dieta informacyjna. Doomscrolling przez dwie godziny przed snem to klasyczne spożycie cyfrowych śmieci, które podbijają kortyzol równie skutecznie, co stresująca rozmowa z szefem.

 

  • Współżycie – higiena granic. Asertywne odmawianie bez poczucia winy i blokowanie numerów energetycznych wampirów. Dbanie o to, żeby relacje były faktyczną wymianą, a nie bezpłatnym świadczeniem usług terapeutycznych dla znajomych, którzy dzwonią tylko po to, by ponarzekać.

 

  • Wyżycie – absolutnie niezbędny wentyl bezpieczeństwa. Zamiast magazynować napięcie w żuchwie i karku (co kończy się wizytą u fizjoterapeuty za 250 zł za wizytę), po prostu uderzasz w worek treningowy, idziesz pobiegać w deszczu albo klniesz na całe gardło w samochodzie.

 

  • Odżycie – biologiczny moment triumfu. Chwila, w której twój przywspółczulny układ nerwowy ostatecznie przejmuje stery, oddech schodzi do przepony, a tętno wraca do normy. Czasem nie wymaga to tygodniowego detoksu na Bali, wystarczy kwadrans patrzenia się w sufit z wyciszonym telefonem.

 

  • Przeżycie – lądowanie w teraźniejszości. Wychodzenie ze stanu zawieszenia i dysocjacji. To moment, w którym przestajesz wegetować od piątku do piątku i faktycznie zauważasz, że kawa rano dobrze pachnie, a spacer to nie tylko nabijanie kroków na smartwatchu.

 

Odzyskanie sterów nad własnym tętnem zaczyna się od trywialnych decyzji: ograniczenie kontaktu z “wampirami energetycznymi”, wyłączenia Wi-Fi przed 22:00 i potraktowania worka treningowego (lub solidnego przekleństwa w korku!) jako w pełni legalnego wentyla bezpieczeństwa. Zanim zaczniesz diagnozować u siebie egzystencjalny kryzys i szukać na niego magicznej pigułki, upewnij się, czy po prostu nie jedziesz od kwartału na twardej rezerwie.

Flourishing, czyli rozkwit – jak go pielęgnować?

Kiedy już ściągniesz nogę z gazu, zalejesz bak i przestaniesz jedynie „przeżywać”, robi się miejsce na flourishing, czyli rozkwit. Szczerze mówiąc, to słowo brzmi jak nazwa prestiżowej odżywki do monster i fikusów, ale w psychologii kryje się pod nim ten rzadki moment, gdy z trybu gaszenia pożarów przechodzisz do faktycznej chęci do życia.

Oto 3 kroki, żeby tam dotrzeć – bez kadzideł i przymusu bycia najlepszą wersją siebie.

  1. Prawo do bezużyteczności – zacznij robić rzeczy, z których nie będzie żadnego zwrotu z inwestycji. Żadnego monetyzowania pasji. Jeśli lepisz koślawe garnki z gliny, grasz na konsoli w grę sprzed dekady albo hodujesz rzodkiewki na balkonie, robisz to wyłącznie dla czystego strzału dopaminy. Stan pełnego pochłonięcia, w którym przez 120 minut zapominasz sprawdzić powiadomienia na telefonie, to dla przebodźcowanego mózgu twardy reset, a nie strata czasu.
  2. Stado mniejsze niż myślisz – najdłuższe, trwające 85 lat badanie z Harvardu dotyczące szczęścia udowodniło, że to nie wybitne osiągnięcia, a jakość relacji trzyma nas przy życiu. Nie potrzebujesz jednak siatki 500 użytecznych kontaktów na LinkedInie. Flourishing to te dwie, maksymalnie trzy osoby, przed którymi nie musisz wciągać brzucha i z którymi możesz przez godzinę gadać w kuchni o bzdurkach 🙂
  3. Hodowanie mikrozwycięstw – poczucia sprawczości nie buduje się na deklaracjach, tylko na fizycznych dowodach. Poskręcanie szafki z Ikei bez rzucania śrubami, upieczenie chleba (nawet jeśli pierwsze dwie próby dało się użyć jako blokady do drzwi) czy samodzielna wymiana uszczelki. Kiedy twój mózg rejestruje materialny efekt twojej pracy w realnym świecie, przestaje na moment mielić wirtualne lęki. Dostaje namacalny dowód: „kontroluję sytuację, radzę sobie”.

Podobne wpisy