Menkeeping, czyli krótka opowieść o menedżerkach cudzego życia

Piątkowe popołudnie, korek na Mordorze, wizja weekendu. W jednym z aut, zamiast marzeń o zrzuceniu szpilek i zmianie na DRES code, wibruje telefon i wyskakuje przypomnienie: „Imieniny Teściowej”. Pojawia się ciężkie westchnienie, bo wiadomo – partner zapomniał. Następuje więc szybki skręt do kwiaciarni po ulubione lilie Teściowe, a potem telefon z instrukcją obsługi wieczoru: „Bądź o 18:00, prezent w bagażniku, tylko nie mów niczego głupiego”.

Umawianie dorosłego mężczyzny do dentysty, przypominanie o wyjściu z jego własnymi kolegami  albo tłumaczenie gorszego nastroju partnera „stresem w pracy” przed wspólnymi znajomymi. Tak właśnie wygląda mankeeping.

To zjawisko, które niedawno opisali badacze z Uniwersytetu Stanforda – Angelica Ferrara i Dylan Vergara – to nic innego jak emocjonalny outsourcing. I choć brzmi to jak kolejna modna etykietka zza oceanu, w naszych polskich, nadwiślańskich realiach ma się wyjątkowo dobrze. Może nawet lepiej niż gdziekolwiek indziej.

Niewidzialna sekretarka w domowym biurze

Warto zacząć od konkretów, bo mankeeping to nie jest zwykła troska. Troska pojawia się wtedy, gdy robi się komuś herbatę po przemarznięciu na spacerze z psem. Mankeeping zaczyna się tam, gdzie partnerka staje się protezą życia towarzyskiego i emocjonalnego mężczyzny. To ona pamięta, że Marek z jego działu bierze ślub (i to ona kupuje kartkę). To ona organizuje grilla, żeby on w ogóle spotkał się z ludźmi. Ona staje się buforem między nim a światem, gdy on nie ma siły, ochoty albo po prostu „nie ogarnia”.

W Polsce grunt pod takie zachowania jest wyjątkowo żyzny. Kobiety wychowane na micie Matki Polki, która „wszystko dźwignie”, i Zosi Samosi, która „zrobi to lepiej”, wchodzą w relacje z głębokim przekonaniem, że zarządzanie domowym stadem obejmuje też zarządzanie dorosłym samcem.

mankeeping for good health

Męska samotność – kobieca praca na drugi etat

Dlaczego kobiety to robią? I dlaczego mężczyźni na to pozwalają? Ferrara i Vergara wskazują na zjawisko, które nazywają „recesją męskiej przyjaźni”. Zastanówmy się – ilu bliskich przyjaciół mają nasi partnerzy? Takich, do których można zadzwonić o 22:00 i przyznać: „Stary, boję się, że nie jestem wystarczająco dobrym ojcem”?

Mężczyźni w Polsce rzadziej niż kobiety pielęgnują głębokie więzi przyjacielskie. Spotkania przy piwie często ślizgają się po powierzchni. Kiedy więc pojawia się kryzys, stres albo potrzeba bliskości, cały ten ciężar spada na partnerkę. Staje się ona przyjaciółką, psychoterapeutką, organizatorką czasu wolnego i sekretarką w jednym.

Kiedy kobieta przejmuje odpowiedzialność za jego relacje („Zadzwoń do brata, dawno nie gadaliście”), on traci motywację, by robić to samemu. Po co pamiętać o urodzinach kumpla, skoro żona wpisze to w ich wspólny kalendarz Google? Kobiety stają się menedżerkami ich życia, a oni – emocjonalnymi pasażerami. Niestety często na umiejscowieni na tylnym siedzeniu.

Dziedzictwo folwarku – od chłopek do menedżerek

Ten przymus organizowania cudzego życia nie bierze się jednak z próżni. To echo pańszczyźnianego folwarku i losu wiejskich kobiet – prababek dzisiejszych trzydziestolatek – dla których przetrwanie rodziny zależało od tytanicznej, często niewidzialnej pracy. 

Współczesny mankeeping bywa w istocie unowocześnioną, emocjonalną wersją dawnej służby. Kiedyś dziewczyny ze wsi szorowały dworskie podłogi i dbały o to, by „państwo” nie brudzili sobie rąk; dziś wykształcone partnerki metaforycznie szorują męskie relacje, usuwając z nich trudne emocje, niezręczności i zapomniane daty. 

Zmieniły się dekoracje – drelich ustąpił miejsca jedwabiom, a czworaki strzeżonym osiedlom – ale podskórny lęk pozostał ten sam. To wdrukowane przez pokolenia, ciche dziedzictwo służących, które uczyły córki, że użyteczność kobiety i jej zdolność do zapewniania męskiego komfortu są jedyną walutą gwarantującą bezpieczeństwo.

Koszt bycia tą „ogarniętą połówką”

Problem z mankeepingiem polega na tym, że jest on potwornie wyczerpujący. To praca na pełen etat, za którą nikt nie płaci, a co gorsza – często nikt jej nie zauważa. Nazywa się to „wspieraniem męża” czy „budowaniem ogniska domowego”, ale w rzeczywistości to drenowanie własnych zasobów.

Kiedy partnerka dba o to, by on nie czuł się samotny, kto dba o nią?

Psychologowie alarmują – kobiety uwikłane w mankeeping częściej zgłaszają wypalenie w związku. Tracą pociąg seksualny do partnerów, bo trudno czuć pożądanie do kogoś, komu się matkuje. Trudno podziwiać faceta, któremu trzeba przypominać, że jego własna matka ma za tydzień zabieg w szpitalu.

W polskich realiach dochodzi do tego presja społeczna. „Dobra żona” to wciąż ta, która zadba, żeby mąż był „zadbany i ogarnięty”. Jeśli on zapomni o prezencie na komunię chrześniaka, krzywe spojrzenia rodziny spadną na nią, nie na niego. „Nie dopilnowała” – pomyśli ciotka Krysia. I kobiety, ze strachu przed tą oceną, pilnują.

Oddać mu jego życie – nawet jeśli coś zawali

Wyjście z tej roli jest trudne. Wymaga od kobiet odpuszczenia kontroli. A to boli. Bo jeśli przestanie się przypominać o dentyście, to on może stracić ząb. Jeśli nie kupi się prezentu dla jego kolegi, on pójdzie z pustymi rękami i spali się ze wstydu.

Ale może właśnie powinien się spalić.

Prawdziwe partnerstwo nie polega na tym, że jedna osoba niesie na plecach emocjonalny plecak drugiej. Polega na tym, że idzie się obok siebie, a każdy niesie swoje. Aby przestać być „mankeeperką”, trzeba pozwolić mężczyźnie na dorosłość. Również na dorosłość w ponoszeniu konsekwencji.

Może to brzmieć brutalnie, ale on potrzebuje przestrzeni, by poczuć ten brak. By zorientować się, że bez interwencji z zewnątrz jego życie towarzyskie zamiera. Dopiero wtedy, być może, chwyci za telefon i zadzwoni do kumpla nie tylko po to, by pogadać o nowym modelu Audi, ale żeby zapytać: „Co u ciebie?”.

Zostawić ten kalendarz. Nie przypominać. Nie ratować. Czasem najlepszą rzeczą, jaką można zrobić dla mężczyzn – i dla samych siebie – jest pozwolenie im, by w końcu sami zajęli się swoim życiem. A ten odzyskany czas? Przeznaczyć na “nicnierobienie”

Zrozumieć, by odpuścić

mankeeping for good health

Zmiana głęboko zakorzenionych nawyków rzadko dzieje się z dnia na dzień; to proces wymagający nie tylko świadomości, ale i odpowiednich narzędzi. Właśnie dlatego te i inne zawiłości ludzkiej psychiki poruszane są regularnie podczas webinarów i warsztatów organizowanych przez For Good Health. W bezpiecznej przestrzeni, pod okiem doświadczonych psychologów, można tam przyjrzeć się bliżej relacyjnym schematom i mechanizmom dziedziczonym przez pokolenia, by zamiast zarządzać cudzym życiem, w pełni i świadomie odzyskać własne.